Stojąc tuż przed progiem czterdziestych urodzin, zaczynam nieco inaczej patrzeć na własne zasoby — czasowe i emocjonalne. Ostatnio złapałem się na specyficznym nawyku, który powtarza się regularnie od dłuższego czasu. Przeglądam sieć — Facebooka, fora, Reddita, lokalne grupy dyskusyjne — i trafiam na wątek, który wywołuje potrzebę reakcji.
1000 znaków w próżnię, czyli przycisk Anuluj
Otwieram okno odpowiedzi. Zaczynam pisać. W zależności od tematu piszę albo emocjonalnie, albo chłodno i “po profesorsku”, starając się rzetelnie coś wyjaśnić lub polemizować z autorem. Potrafię wlać w to pole kilkaset, a czasem i ponad tysiąc znaków przemyślanego tekstu.
I co robię chwilę później?
Zamiast kliknąć Opublikuj, zastanawiam się kilka sekund. Potem zaznaczam całość, wciskam kasowanie, zamykam kartę i idę robić swoje.
Dlaczego? Bo w głowie pojawia się chłodna kalkulacja: Co ten mój komentarz tak naprawdę zmieni? Czy wniesie cokolwiek wartościowego do mojego życia albo realnie wpłynie na czyjeś postrzeganie świata? Odpowiedź niemal zawsze brzmi: nic. Po co więc marnować energię, niepotrzebnie się unosić i obnażać w internetowych przepychankach?
Odpowiedzialność pod własnym imieniem i nazwiskiem
W przeciwieństwie do szerokiej rzeszy anonimowych komentatorów, hejterów czy internetowych stalkerów, w sieci zawsze występuję pod własnym imieniem i nazwiskiem. Jeśli coś publikuję, biorę za to pełną odpowiedzialność — moje opinie są przemyślane i podpisuję się pod nimi bez mrużenia oka. I może właśnie ta odpowiedzialność sprawia, że poprzeczka zawieszona przed kliknięciem “Wyślij” jest u mnie tak wysoka.
Szczególnie często ten odruch odpuszczania pojawia się przy tematach lokalnych i regionalnych — dyskusjach o Gnieźnie, Wrześni, decyzjach inwestycyjnych, hulajnogach elektrycznych czy infrastrukturze rowerowej. Chciałoby się wejść w polemikę, ale ostatecznie dociera do mnie, że szkoda na to zdrowia i nerwów.
Niedawno rozmawiałem na ten temat z kolegą z Wrześni (pozdrawiam Cię serdecznie!). Zawsze z lekką zazdrością patrzyłem na jego zdolność odpowiadania na komentarze — potrafi to zrobić celnie, z humorem i “z jajem”, nie biorąc tego wszystkiego zbyt mocno do siebie.
Ów kolega przyznał mi rację — u niego mechanizm odpuszczania działa podobnie. Zwrócił jednak uwagę na niezwykle istotną rzecz: są w życiu obszary, których odpuszczać po prostu nie wolno i trzeba na nie stanowczo reagować.
Gdzie kończy się pasywność? Granica milczenia
I tu dochodzimy do sedna całej refleksji. Mądre odpuszczanie to nie to samo co bierność czy obojętność. Przymykanie oczu na pewne zjawiska bywa wręcz szkodliwe.
Gdzie przebiega granica, której nie wolno przekroczyć?
- Zagrożenia na ulicach i ścieżkach — Nie można przymykać oka na to, co wyprawiają niektórzy użytkownicy hulajnóg elektrycznych czy pseudo-rowerów (napędzanych mocnymi silnikami), którzy pędzą bez wyobraźni po chodnikach i drogach rowerowych zamiast po jezdni. To już nie jest kwestia czyjejś opinii, ale realnego bezpieczeństwa rowerzystów i pieszych.
- Agresja i hejt — Pasywność wobec agresji słownej, nękania, hejtu czy przemocy fizycznej w przestrzeni publicznej staje się cichą aprobatą.
- Ksenofobia i mowa nienawiści — Obserwując narastające w ostatnim czasie nastroje antyukraińskie czy niechęć wobec społeczeństwa wielokulturowego, czuję wyraźny niepokój. Taka cicha akceptacja niebezpiecznie przypomina nastroje z lat 30. XX wieku. Wtedy też zaczynało się od powolnego przyzwyczajania ludzi do mowy nienawiści i udawania, że “to przecież tylko słowa”.
Podsumowanie
W wieku prawie 40 lat umiejętność odpuszczania jałowych sporów staje się cennym zasobem. Pozwala zachować spokój ducha, chroni czas i jest elementem higieny psychicznej w cyfrowym świecie. Jednak granica między dojrzałym odpuszczeniem a przyzwoleniem na zło i głupotę jest bardzo cienka. Warto wiedzieć, kiedy z czystym sumieniem zamknąć kartę w przeglądarce, a kiedy bezkompromisowo zabrać głos.