Strefa rowerowa

Nocny Express Gniezno – Karpacz


Rusza Giro d’Italia, trwa Race Through Poland a ja wracam po roku przerwy do dłuższych wypraw. Nocny Express Gniezno – Karpacz to 334 km wspaniałej jazdy z szosonami po naszej Polsce w stronę dawno niewidzianych gór – Sudetów. Roadtripping w moim wykonaniu

Spis Treści

Nocny Express – Prolog

O planowanej przez TBT Poznań szosowym wypadzie dowiedziałem się za pośrednictwem Mariusza (kompana z kołobrzeskiej wyprawy AD 2016). Nowością dla mnie była nocna przejażdzka na kolarkach.

Kolejne wątpliwości

Przez zawirowania pogodowe trzeba było uzbroić się w cierpliwość i czekać na ostateczną decyzję. Prognozy były od dłuższego czasu stabilne; kierunek wiatru odpowiedni a temperatury znośne.

Ale zdarzył się spory incydent. Dzień przed wyprawą w południowej Wielkopolsce przeszła trąba lądowa.

Kolejną niewiadomą byłą moja dyspozycja. Moja aktywność rowerowa, z uwagi na przebytą kilkanaście dni wcześniej chorobę i kontuzję oraz ważniejszych spraw, była znikoma.

Planowane 300 km to nie byle jaka odległość a większych tripów nie robiłem od półtora roku. Obawy były uzasadnione.

Mentalnie byłem gotowy na podjęcie takiego wyzwania. Co złego mogło się stać? ;-)

Nocny Express – Lista rzeczy do zabrania

Taką listę stworzyłem na 2 dni przed samą wyprawą. Wydzieliłem ją w formie oddzielnego wpisu. Nie będę tutaj dorabiać sztucznej historii – przyda się przy planowaniu kolejnych dłuższych tripów.

nocny express
Przygotowania

Podlinkuję, jak zostanie opublikowana. Już jest ;-)

Nocny Express w akcji

Pierwotnie mieliśmy dojechać do Poznania. Po dłuższym zastanowieniu uznaliśmy, ze dojazd do Mosiny jako punktu spotkania będzie lepszym pomysłem. Idealnym na rozgrzewkę przed podróżą na południe kraju.

Gniezno – opóźniony start

Mój start nastąpił po 15.tej (wtorek 30/04) i udałem się w kierunku umówionego spotkania z Mariuszem. Czasowo dopasowaliśmy się, bo obaj dojechaliśmy w tej samej chwili.

Niestety musiał nastąpił przymusowy postój bo Mariusz złapał kapcia. Oznaczało tylko jedno: nie wyrobimy się na czas ze spotkaniem w Mosinie. Mając kontakt z organizatorem poinformowałem o możliwym opóźnieniu. Kolejne opóźnienie było na przejeździe kolejowym w Pierzyskach.

Nocny Express
W trakcie przymusowego postoju serwisowego

Więcej zabawy było w Kostrzynie Wlkp. Zamknięto fragment drogi w stronę Kórnika (nie miałem pojęcia o tym) i próbowaliśmy przebrnąć „na szagę” przez pobliskie osiedle. Nie udało się – wszędzie były gravelowe odcinki dróg.

Pozostało nam przenieść rowery przez zamknięty odcinek i pomknąć szybko w stronę Kórnika i dalej do Mosiny. Tempo z wiadomych powodów musiało być duże, Mariusz czasem odjeżdżał ale ja się tym specjalnie nie przejmowałem. Każdy ma swój rytm i nie ma co szaleć na pierwszej setce.

Do samej Mosiny było spokojni mimo wzmożonego przed majówkowego ruchu na drogach.

Mosina – Leszno

W Mosinie nastąpiła pierwsza dłuższa przerwa na uzupełnienie izotoników i deficytów kalorycznych. Wszak to było już 70 km w nogach, słońce powoli zmierzało ku zachodowi i robiło się chłodniej. Dołączamy do Roberta (pozostali niestety z przyczyn osobistych nie mogli jechać) i w trójkę podążamy w stronę Czempinia po czwartego kompana – Tomka.

Były to godziny wczesno-wieczorne, to też ruch na drogach był jeszcze większy i nie mogło zabraknąć mrożących w żyłach sytuacji. Na wąskiej drodze między Mosiną a Czempiniem ktoś próbował wyprzedzić na trzeciego zmuszając auto z naprzeciwka do gwałtownego hamowania. Wąska droga w lesie, drzewa przy drodze.

Komuś zabrakło wyobraźni. Dobrze, ze skończyło się takim incydencie. w zasadzie to jedyny, jaki się zdarzył.

Przelatujemy przez kolejne wielkopolskie wsie i miasta, w których byłem pierwszych raz. Zgarniamy wyżej wspomnianego Tomka.

Tam gdzie była sensowna infrastruktura rowerowa, to korzystaliśmy z niej. Do Leszna już niedaleko i team wciąż miał dość mocne tempo (średnia oscylowała w okolicach 31-32 km/h).

Nie było łatwo, czułem że jadę na deficycie kalorycznym (jak to ujął pięknie Maniek) i cieszyłem się niezmiernie z pierwszej wizyty na leszczyńskim Orlenie.

Leszno – Złotoryja

Do Leszna dojeżdżamy po zachodzie słońca. To chyba idealny moment na uzupełnienie paliwa i wyrównanie balansu. Kawa, Hotdog i kanapki wyrównały poziom. Humory dopisywały.

Nocny Express
obsługa stacji pozwoliła wprowadzić nasze rumaki do srodka

Nastąpił pierwszy przepak. Wyciągnąłem cieplejsze rzeczy, np. bluza, nogawki czy ultra kamizelka. Resztę zostawiam, do rana jeszcze daleko i tak rozgrzejemy się na trasie.

Ruszyliśmy dalej już w ciemnościach. Towarzyszyło nam pełne gwiazd niebo. No i rozświetlone nasze rowery.

Z racji ze byłem w ogonie (nie odstawałem od reszty) to nie było potrzeby odpalania Cateye w średnim bądź najmocniejszym trybie zaś tył zabezpieczały 3 mrugające lampki niczym pokład statku kosmicznego Star Trek.

Nocny Express
Oj musiało być ciekawie na tyle ;-)

Jechało się wybornie, ruch był niewielki wręcz zerowy a wiaterek nie przeszkadzał, wręcz pomagał. I tylko raz mineliśmy się z pojazdami uprzywilejowanymi. To spore zaskoczenie dla mnie i daje wiele do myślenia w kontekście kolejnych wypraw. Np. Gdańsk?

W Górze zorientowałem się, że wypadła mi przeciwdeszczówka wraz z bananami. Wszak strata niewielka (kurtka była zajechana po 3 sezonach zimowych) ale miała być awaryjnym rozwiązaniem na wypadek ewentualnych deszczów na południu kraju.

Żegnamy się z Wielkopolską – Witaj Dolny Śląsk.

W okolicach Odry (na wysokości Radoszyc) temperatura wskazywała w graniach 5 ° C ale tempo było na wysokim poziomie, że nie odczuwałem żadnych nieprzyjemności z tego powodu.

Kolejny postój zrobiliśmy w Lubiniu najpierw na McDonald a potem na stacji Circe K, gdzie zrobiliśmy prawie godzinny regeneracyjny postój. Obsługa stacji była bardzo miła i towarzyska, pozwoliła nam wznieć do środka rowery.

Dolnośląskie drogi pozytywnie mnie zaskakują, bo odkąd przekroczyliśmy granice mamy do czynienia z przyzwoitym asfaltem aż do samej Legnicy. W samym mieście jak i w okolicach Złotoryi trzeba było liczyć się z sporymi ubytkami w jezdni. Tego się spodziewałem bo autem niejednokrotnie przejeżdżałem.

Na wschodzie robiło się coraz jaśniej, temperatura zaczęła spadać. Średnia wynosiła jakieś 2-3 ° C i po kolejnych 50-60 km zrobiliśmy postój na stacji Watis, by przeczekać wschód słońca i / lub ogrzać się przy kubku herbaty.

Nocny Express
Tym razem rumaki musiały stać na zewnątrz w Złotoryi

Szkoda ze panie ze stacji były niemiłe i nieuprzejme, zostawiając drzwi wejściowe otwarte na czas naszego pobytu. Celowo?

Złotoryja – Jelenia Góra

Do Jeleniej Góry zostało już niewiele ale najlepsze przed nami: powolne i wyczerpujące wspinaczki, 9-11%, szybkie i chłodne zjazdy. I wreszcie widok Karkonoszy w oddali. To uświadomiło mi, że cel jest już tuż tuż, że pozostała ostatnia setka do celu.

W rzeczywistości to była najchłodniejsza część trasy. Garmin odnotował ujemną temperaturę w granicach -1° C i przez chwile zastanawiałem się czy nie lepiej ubrać suchej termo koszulki. Z drugiej strony jaki tego sens, skoro „za chwile” bedzie kolejna wspinaczka i znów na maksa się rozgrzeję? I koszulka będzie mokra?

Abstrahując od ubraniowych dylematów, chłonąłem widok budzącego się do życia otoczenia. Małe i duże wsie mają unikalny urok, parujące w promieniach słońca łąki i ogrody. Meandrujace rzeczki. Górujące nad szosą korony drzew i pierwsze promienie słoneczne oblewające schłodzone lice.

Nocny Express
Kościółek

Krótki postój zrobiliśmy pod kościółkiem w Świerzawie. Zaczął się długi męczący podjazd w stronę Januchowa i Dziwiszowa. I dotrwałem do końca. Stanęliśmy przy willi Karkonoskim Widoku

W nagrodę mogłem spojrzeć na pięknie oświetloną promieniami porannego słońca lekko zamgloną panoramę Karkonoszy.

Na szczycie dołącza do nas piąta osoba – Artur – który poniekąd staje się „lokalnym” przewodnikiem niemal do końca naszego pobytu w tych stronach.

Nocny Express

Za chwilę nastąpił szybki zjazd przez Dziwiszów do Jeleniej Góry. Miejscami było niebezpiecznie głownie ze względu na dość ostre zakręty i wyfrezowane drogi.

Jelenia Góra – Karpacz

Podjechaliśmy na dobrze znanego mi Orlena (na wylocie do Szklarskiej Poręby). Wreszcie skonsumowałem, przygotowany przez Narzeczoną, makaron. Do zestawu dołączyłem gorącą kawę – wszystko smakowało wybornie i podstawiło mnie na nogi. Byłem trochę wyziębiony, zmęczony trasą a jeszcze nie dojechaliśmy do Karpacza.

Nocny Express
Troszkę zmęczony ;-)

Po dłuższej i ostatniej przerwie ruszyliśmy dalej, przez pobliskie Cieplickie Termy – delikatnie pod górkę. Mijamy Zbiornik Sosnówka, z którego rozciąga się piękna panorama na pobliskie Sudety.

Nocny Express
Zbiornik Sosnówka

Niestety gdzieś w okolicach Miłkowa dopada skurcz w prawym udzie i nastąpiła przymusowa przerwa na krótki rozluźniający spacerek. Na szczęście do samego Karpacza dojechałem już bez większego problemu.

Nocny Express
Ostatnie kilometry przed Karpaczem

YES YES YES !!!!

Piękna sprawa, dojechaliśmy do celu i po kilku pamiątkowych zdjęciach żegnamy sie z Robertem i Tomkiem. Wracali z powrotem do Jeleniej a z resztą zespołu zdecydowaliśmy atakować przełęcz Okraj. Za Kowarami po kolejnych skurczach zrezygnowałem.

Nocny Express
Na przełęcz Okraj

Rozum swoje a ciało swoje. PAS. Wracam sobie na spokojnie do Jeleniej Góry na PKP głównymi drogami.

Z relacji Mariusza wiedziałem, ze podjąłem dobrą decyzję. Pogoda zaczęła się psuć, co było widać na zdjęciu znad zbiornika Sosnówka. Chmury przysłoniły najokazalsze szczyty Karkonoszy w tym Śnieżkę.

Nocny Express
I już nie ma gór

To znak, ze można wracać do domu.

Do Jeleniej Góry wracało się zupełnie na luzie, odpalając spotify „na słuchawkach”.

A na dworcu było całkiem przyjemnie. Panie w kasach udzieliły informacji nt. połączeń kolejowych (nie obyło się bez tradycyjnych problemów z biletem na rower). Funkcjonował bufet z tanimi i smacznymi zestawami obiadowymi.

Zapakowaliśmy się do szynobusa lokalnego przewodnika (bilet rowerowy kosztował tylko 2zł).

W inter-city nie było dostępnego przedziału rowerowego i trzeba było zakupić bilety na rower u konduktorów.

Na szczęście to tylko formalność.

Nocny Express – Podsumowanie

Nocny wypad do Karpacza szosą był w 100% udanym przedsięwzięciem. Niemal wszystko się spinało w jedną całość: pogoda, sprzyjający wiatr, dobra współpraca w zespole. Nawet 99% kierowców byli bardzo uprzejmi i nie starali za wszelką cenę psuć naszych humorów.

Owszem zdarzały się mniej sprzyjające odcinki: kostki brukowe w miastach, szwajcarskie dziury ifrezowane odcinki dróg. Nie obyło się bez pomyłek w nawigacji, kryzysów czy skurczy.

Dotarliśmy do celu. Warto było. Po raz kolejny byłem z siebie dumny, z osiągniętego celu.

Sprzęt

Sprzęt sprawdził się bez większych zarzutów. Wymieniony napęd sprawował się perfekcyjnie. Zamienione opony trzymały się na dziurawych drogach czy wyfrezowanych zjazdach.

Samopoczucie

Po 334 kilometrach nie miałem większych problemów na drugi dzień. Odczuwałem niewielki dyskomfort w okolicach karku, minimalne drętwienie palców u rąk. Dobrze przeprowadzony Bike Fitting zrobił swoje.

Tyle że chciało mi się spać. Oj bardzo.

Elektronika

Głównym rowerowym komputerkiem był Garmin Edge 1000, do którego nie miałem żadnych zastrzeżeń.

Prawie.

Zdarzyła się jedna zawiecha w samej Jeleniej Górze. Po krótkiej przerwie Garmin dalej rejestrował trasę – uffff. Przypomniała mi się sytuacja z Wągrowca, gdzie 810 po prostu się wyłączyła i polegałem na rejestracji wysłużonego ARC S.

Ciekawe, czym powodowany był restart? Przepełnieniem buforu?

Ładowanie

Nie mogło zabraknąć powerbanków. Garmin nie wytrzymał 10 godzin rejestracji bez ładowania na wyłączonej synchronizacji via BT / WiFi i nawigacji po kursie.

Powerbank NoName na bazie akumulatorków 18650 robił swoją robotę. Mam ich kilka sztuk, to myślę ze na 1400+ km wystarczyłoby w zupełności.

Gorzej było z moim smartfonem, któremu wyłączyłem internet komórkowy. Krótki czas pracy troszkę mnie przeraził. Internet włączałem sporadycznie i tylko na postojach, co było dobrym pomysłem. Mogłem się cieszyć się samym tripem.

No może poza jednym: brakowało mi dobrej muzyki.

Najważniejsze są 2 kwestie:

  1. Garmin dał radę na długodystansowej trasie i Arc S spokojnie mogę posłać na złom.
  2. Garmin po restarcie kontynuował rozpoczętą paręnaście godzin rejestrację.

Pomysły

Miałem dużo czasu nad rzeczami, które podpatrzyłem u moich kompanów.

Lemodka

Jednym z nich jest lemodka, niewątpliwie przydatna w kolarstwie czasowym. A w wydaniu turystycznym? Z wielu źródeł wynika, ze warto mieć.

Mocowanie powerbanka

Na pomysł z torby na ramię wpadła w sumie Asia przed wyruszeniem w podróż. I myślałem nad tym wielokrotnie. Mam już torbę na górną ramę szosy, do której wrzucam smartfona, mały powerbank i żel. Dużego powerbanka jak TP Link już nie włożę.

Czy potrzebuję? Nie.

Za to pomyślę nad stabilnym mocowaniem dla TP Linka – do ładowania garmina czy smartfona. Szkoda, że producent nie odświeżył modelu, tworząc wersję o dwukrotnie większej pojemności.

Podręczne lusterko do baranka

Do podręcznego lusterka podchodzę z dużą rezerwą. Zazwyczaj kojarzyły mi się z starymi rowerami, pamiętającymi czasy PRL. Płaskie i nieefektywne lusterka z których żadnego pożytku nie było. Kiedyś nad nimi zastanawiałem się, temat wraca jak bumerang i chyba skuszę się na takowy zakup. Tylko sęk w tym, że nie wiem jaki kupić? Na pewno musi być składanym, kompaktowym lusterkiem ulokowanym po lewej stronie kierownicy.

Krótkie podsumowanie Video

Film zmontowałem na szybko w trakcie powrotu do domu i opublikowałem w mojej społecznościówce – na FBInstagramie.

Dzięki wielkie za dobre słowa. Co tu bede pisał – w sumie lwią część pracy wykonał Quik ;-)

Aktywność na Stravie

Tutaj plik GPX do pobrania. Ślad jest widoczny na Stravie, możecie przerobić ją w formie własnego kursu.

Strefa rowerowa
Szosowa Magia Tatr
Strefa rowerowa
Jak tworzyć mapy do Twonav
Strefa rowerowa
Rowerowy uchwyt na telefon ( z androidem)

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: